Ishani Fitzroy

Ishani Fitzroy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Ishani Fitzroy

Pisanie by Ishani Fitzroy on 12/01/18, 01:35 am



Ishani Fitzroy

Wizerunek: Emeraude Toubia
Data urodzenia (wiek): 25 marca 1540 (26 lat/345 lat)
Miejsce urodzenia: Konstantynopol, Imperium Osmańskie
Miejsce zamieszkania: chwilowo Londyn
Rasa: Wampir
Zawód: Nie pracuje
Tytuł/Ranga: -
Stan cywilny: Udaje wdowę
Umiejętności i ich poziom: psychokineza (30 punktów | przeciętna)

Biografia:
Urodzić się pod imieniem Samira, to tak, jak zostać napiętnowanym na całe życie. Z drugiej strony, jakie inne miano można nadać córce konkubiny, która miała wychowywać się na kolejną mieszkankę haremu Sulejmana Wielkiego? Dziewczynie mówiono, że powinna być szczęśliwa, że w ogóle pozwolono jej żyć. Gdyby urodziła się chłopcem, jej matka zmuszona byłaby zabić dziecko zaraz po porodzie. Samira jednak nie potrafiła się cieszyć przypisaną rolą społeczną. Inne konkubiny mogły z dumą nosić imię znaczące: "dobre towarzystwo dla mężczyzn", ona jednak nie potrafiła się z nim pogodzić od chwili, kiedy poznała jego znaczenie. Miała wtedy może pięć lat.
Dziewczynka była córką wielkiego Sulejmana i jednej z jego służebnic. Sevda, bo tak miała na imię jej matka, przeżyła poród, wydając na świat swoją pierwszą córkę. Dotychczas urodziła tylko syna, którego eunuchowie strzegący haremu natychmiast jej odebrali, z czym kobieta nie mogła pogodzić się kilka tygodni. Gdy jednak pokazała straży nowo-narodzoną dziewczynkę, nie wyrwano jej dziecka. Było w pełni zdrowe, nie było więc przeciwwskazań, żeby mała rosła w towarzystwie innych kobiet i stała się jedną z przyszłych służek Sulejmana, albo jego następcy, jeżeli taka będzie jego wola.
W zasadzie wszystkie wspomnienia, jakie dziewczyna ma z tamtego okresu, są dla niej hańbiące, albo po prostu nie ma ochoty ich wspominać. Harem bowiem zdecydowanie nie jest miejscem dla dorastającego dziecka. Każda chwila zabawy, czy bardzo rzadkiej nauki, przesycona była jękami kobiet, do których przychodził Sulejman, lub jego znajomi, albo krzykami karanych służących. Czasami tylko, jeszcze rzadziej niż dane było jej poznać coś interesującego, zdarzały się w haremie chwile ciszy. O świcie, kiedy kobiety otwierały dopiero okna, aby przewietrzyć po nocy w rześkim, porannym powietrzu. Miały może kilkadziesiąt minut, nim zaczął się kolejny dzień.
Jak w każdym haremie, żony Sulejmana mieszkały razem z jego konkubinami. Miały jednak pełne prawo pomiatać kochankami mężczyzny, a chociaż było ich mniej i mąż odwiedzał ich pokoje rzadziej, niż swoich służek, wywyższały się, jak tylko mogły. Samira miała wątpliwą przyjemność poznać trzy z nich - Gülfem, Mâhidevrân i Roksolonę. Ostatnia z nich, najmłodsza, miała w 1540 roku zaledwie dwadzieścia lat, w haremie mieszkała od lat sześciu, a była gorsza, niż pozostałe dwie razem wzięte. Z tego, co zaobserwowała Samira w zachowaniu Sulejmana kiedy trochę podrosła, to była też jedyną żoną mężczyzny, której wdzięki działały na niego na tyle, aby mężczyzna faktycznie brał ją pod uwagę nie tylko w sensie prokreacji, ale i władzy. Był to zdecydowanie powód, dla którego w późniejszych latach swojego życia obdarzyła kobietę szacunkiem, wtedy jednak była za mała i nienawidziła kobiety za to, jak traktowała ją i jej matkę. Nic jednak nie było gorsze, niż faworyta. Sułtan wybrał sobie nową w roku narodzin Samiry i kiedy ta zaczynała już mniej więcej rozumieć, co się w okół niej dzieje, czyli w wieku pięciu lat, dziewczyna miała lat siedemnaście. Była leniwa, a jej ego było ogromne. Zadawanie się z nią miało jednak w przyszłości wyjść dziewczynie na dobre, chociaż ponownie, wtedy nie miała jeszcze prawa tego wiedzieć.
- Ty. - odzywała się dziewczyna, wskazując na Samirę, często nawet nie otwierając oczu. - Poczytaj mi, ma być piękne.
Nawet mając pięć lat, dziewczyna potraktowała tę prośbę jako strasznie naiwną i głupią. To znaczy, skąd niby miała wiedzieć, jak się czyta? Niestety, nie potrafiła wtedy jeszcze i kiedy pierwszy raz usłyszała taką prośbę, zbaraniała.
- Nie umiem czytać. - odpowiedziała, a siedemnastolatka westchnęła ostentacyjnie, podnosząc się ze swoich poduszek.
- W takim razie opowiadaj historie. - poradziła jej, więc pięciolatka opowiadała, pomijając momenty, które nudziły leniwą dziewczynę i skupiając się na tych, które jej się podobały. Co dziewczyna widziała w opowiastkach pięciolatki? Ishani dalej nie ma pojęcia, ale jest wdzięczna, że faworyta przykładała do niej wtedy tyle uwagi. Ponieważ w czasie, którego nie spędzała z sułtanem, kiedy znudziły się jej już powtarzające się w opowieściach Samiry motywy, uczyła dziewczynkę czytać. Pokazywała jej zwoje, jakie dostała od pana i te, które przywiozła ze sobą z rodzimej Hiszpanii. Chcąc nie chcąc, mała musiała jej słuchać. Wtedy jeszcze jej największym marzeniem mogło być zostanie właśnie faworytą, a jeżeli nie umiałaby tego samego, co swoja poprzedniczka, dlaczego miałaby zostać z nią zamieniona? Poza tym, dla dorastającej dziewczynki zapisane opowieści również były ciekawe. Nie miała kontaktu ze światem zewnętrznym, więc te zapisy były jedynym, co mogło opowiedzieć jej o tym, co spotykało innych ludzi, poza murami pałacu Sulejmana. Kobiety i mężczyzn. A spotykały ich przygody, śmierć i wielkie miłości, o których jej siedemnastoletnia nauczycielka lubiła słuchać najbardziej.
Nie jednej nocy Samira próbowała dowiedzieć się, jakim sposobem dochodziło do takich rzeczy w opowieściach ze zwojów faworyty. Jej matka mówiła, że to tylko opowiastki, za to siedemnastolatka, jeżeli była akurat w nastroju do odpowiadania na pytania, zapewniała dziewczynkę o niesamowitościach, jakie miały czekać poza murami pałacu. Dodawała też często, że oczywiście, niesamowite rzeczy nie czekają na Samirę. Ona miała zostać w pałacu na zawsze, a jej jedynym towarzystwem miały być mieszkające tu kobiety, sułtan i milczący eunuchowie. Podobało się jej to jednak coraz mniej, im więcej opowieści udawało jej się przeczytać.
Pierwszy raz, kiedy sułtan odwiedził jej komnatę, był w jakiś ciepły, wiosenny wieczór. Miała wtedy dziesięć lat i nie spodziewała się, że tym razem Sulejman wybierze ją. Zdawał się w ogóle jej nie poznawać, a ona sama nie rozumiała, dlaczego ktoś, kto podobno był jej ojcem, chciał robić z nią to samo, co wcześniej robił z jej matką. Nie rozumiała też, co właściwie chciał robić, ale dowiedziała się szybko. Dość boleśnie, ale przynajmniej szybko. Sułtanowi nie spodobał się jej płacz i błagania, żeby przestał, ale podobała mu się ona, dlatego też pierwsze kilka razów dziewczyna odbyła ze szmatą zaciśniętą między zębami. Na szczęście większość z nich wyrzuciła z pamięci, do teraz pamięta jedynie pierwszy, który odbił pierwsze poważne piętno na jej psychice. Dziesięcioletnia Samira podjęła decyzję - nienawidziła mężczyzn, którzy mieli penisy.
Kiedy dziewczynka miała czternaście lat, jej matka ponownie zaszła w ciążę. Chociaż od chwili, kiedy sułtan zaczął odwiedzać naszą bohaterkę, Sevda nie traktowała jej dłużej jak swojej córki. Kazała mówić do siebie po imieniu i zachowywała się wobec niej, jak wobec wszystkich innych konkubin w haremie. Samira jednak ucieszyła się na wieść, że będzie miała rodzeństwo, radość pamięta do teraz. Nie mogła jednak poznać swojego brata, ponieważ okazał się właśnie być bratem. Gdyby urodził się jako następna dziewczynka, miałby prawo zostać wśród kobiet i podrosnąć. Chłopiec jednak znowu musiał umrzeć i eunuchowie zabrali go, zanim w ogóle zdążyła na niego popatrzeć. Była już jednak wtedy na tyle świadoma, że nie znienawidziła za to eunuchów, wiedziała, czyje wykonują polecenia. Martwiła się tylko o Sevdę, która po utracie swojego trzeciego potomka, dość poważnie się załamała. Na tyle poważnie, że kiedy Sulejman odwiedził ją w jej komnatach, musiała mu odmówić, ponieważ potem jej chłostę było słychać w każdym zakątku haremu. Dosłownie, ponieważ dziewczynka próbowała wtedy uciec od tego rozpaczliwego dźwięku, pamięta jednak, że było to absolutnie niemożliwe, nawet kiedy wyszła na mały plac udostępniony kobietom. Chociaż Ishani uważa, że to tylko wyobraziło jej się, kiedy była mała, to bardzo mocno zapamiętała, że kiedy spojrzała na sadzawkę placową, woda w niej drżała wraz z krzykami jej matki. Nie widziała kobiety później dużo razy. Sevda była już dojrzałą kobietą, a jeżeli nie traktowała wizyt sułtana jak łaski i powodu do dumy, on nie miał powodu jej trzymać. Zniknęła z kobiecych komnat, a do jej pokojów niedługo później wprowadził się ktoś inny.
Samira nie miała prawa tego wiedzieć, ale kiedy dorastała, w niedalekim sąsiedztwie jej kraju toczyły się wojny. Indie, bo o nich mowa, cierpiały przez wojnę domową między dynastią Wielkich Mogołów, oraz Surów. "Władca Tygrys", czyli Szer Szah Suri, rozszerzył panowanie swojej rodziny od Bengalu po Idris, wciągnął więc w swoje ziemie Delhi. Przez 10 lat po jego śmierci, miasto pozostawało we władaniu Surów i dopiero w 1555 Humajun odzyskał tam panowanie, przy pomocy perskiej. Nie nacieszył się jednak wpływami długo. Zmarł po upadku ze schodów, o czym plotka rozeszła się po całej Azji, a panowanie przejął po nim jego trzynastoletni syn, Dżalal ad-Din Muhammad Akbar. Na szczęście, zwracać można było się do niego po prostu "Akbar" i tak też dziewczyna pamięta, że nazywała swojego władcę. Jak doszło do tego, że szesnastoletnia konkubina sułtana Sulejmana pokonała kilkumiesięczną trasę z Konstantynopolu do Agry i poznała nowego, mogloskiego władcę? Sulejman Wspaniały nie był głupi. Jeżeli władzę w państwie przejmował trzynastolatek, stawał się on celem dla sprytnych doradców i łatwym podmiotem, którym można było manipulować. Dlatego też wysłał na dwór nowego władcy karawanę, składającą się z 30 arabskich koni, przy czym na każdym z nich siedziała jedna z jego służących. Wielbłądy, prowadzone przez niewolników, których również Akbar miał otrzymać w darze, niosły masy kosztowności, a gdzieś w tym wszystkim znajdowała się wiadomość od sułtana, który chciał zapewnić swojego nowego sąsiada o przyjaźni ze swojej strony. Kobiety, jakie miały być darowane na dwór Indyjski, wybrał sam Sulejman. Samira opuściła harem razem z masą kobiet, części sobie nieznanej jako szesnastolatka i w ogromnej karawanie, wyruszyła do Indii.
W mieście i w trakcie wyprawy, kobiety przebywały w specjalnych lektykach, na konie miały bowiem wsiąść dopiero wjeżdżając do Agry. Dziewczyna nie mogła powstrzymać się, żeby nie wyglądać zza drewnianych okiennic i nie oglądać miasta. Tu już nie było wonnych olejków, kadzideł, aksamitów i poduszek. Usłyszała prawdziwych ludzi, ich szorstkie głosy, widziała ich twarze, często wykrzywione starością, lub bólem, albo przeciwnie, radosne rodziny. Młodych chłopców, wraz z ojcami i matkami, piękne budynki, a chociaż pył z drogi naleciał jej do ust, a oczy trzeć musiała co kilka minut wyglądania z lektyki, ale za żadnym razem nie żałowała. Ogrom nieba, nieograniczonego wysokimi murami był piękny i dziewczyna rozumiała, że nic jeszcze w życiu nie widziała. Naiwnie wierzyła, że tu zacznie się jej przygoda i jednak dla niej też los okaże się tak dobry, jak dla bohaterek baśni i podań, ale los znowu szybko dał jej nauczkę.
Kobietom nie wolno było opuszczać lektyk, chyba, że w celach fizjologicznych, a i w takim wypadku towarzyszyli im zawsze strażnicy. Którzy nie byli już eunuchami, a normalnymi żołnierzami, którzy często nie tylko patrzyli na konkubiny, ale też dotykali ich. Ją samą spotkało to zaledwie kilka razy, ale niektóre z kobiet musiały wiele przejść w trakcie przeprawy. Nie doszło do żadnych gwałtów, za znieważenie konkubin władcy Indii zabiłby żołnierzy albo Sulejman, albo sam Akbar, dla Samiry jednak wystarczająco upokarzający był dotyk ciężkich, starych, żołnierskich dłoni. Zazwyczaj jeszcze mniej delikatnych, niż te jej ojca.
Kiedy dojechali, dziewczynę wsadzono na konia. Ishani pamięta teraz, że Samira uznała tamto doświadczenie za bardzo dziwne, ale w porządku, kiedy koń pracował ciałem, wioząc ją w stronę miasta. W zasadzie, z jakiegoś powodu od razu polubiła zwierzę. Może trochę się z nim utożsamiała, nie miało przecież ono żadnego wyboru, jak ruszać się tak, jak kazał mu prowadzący je żołnierz. Mimo wszystko, wykonywało polecenia i nie wyglądało, jakby miało narzekać. Może i śmierdziało, ale ludzie też śmierdzieli, więc czy to naprawdę miało znaczenie?
Pierwsze wrażenie wywarła na niej architektura miasta i Czerwonego Fortu. Miejsce było ogromne, ciężko było ogarnąć je wzrokiem, a ludzie tutaj zdawali się również zupełnie inni, niż w mieście, z którego pochodziła. Jeszcze głośniejsi, choć to mógł być efekt tego, że ostatnie miesiące spędziła w drodze, gdzie nie było wielu dźwięków poza tymi, które sami wydawali. Drugim, dość szokującym wspomnieniem z Indii, był słoń. Widząc ogromne zwierzę z grzbietu konia, dziewczyna zamarła, patrząc na nie ze szczerym przerażeniem. Zresztą, nie tylko ona, inne kobiety, niewolnicy, a nawet niektórzy żołnierze patrzyli na zwierzęta jak na demony stąpające po ziemi. Zdobione kły, ogromne trąby i jeszcze większe uszy. Dosiadający ich ludzie, z twarzą przekłutą na wiele sposobów i w szatach tak barwnych, jak wiosenne kwiaty, patrzyli na nich z góry, zastanawiając się pewnie, co tu robią ci malutcy ludzie na swoich malutkich koniach.
Gdy prowadzono je przez Fort, Samira nie mogła oderwać wzroku od sklepień. Niesamowite rzeźbienia wyglądały, jak przejścia do światów bogów, czy wróżek, o jakich czytała z Faworytą. Zdawało się, że w każdej chwili mogą zacząć się ruszać, a kiedy samemu się szło, rzeźby w zasadzie już falowały, mieniąc się w słońcu wpadającym przez okno.
Wprowadzono je do komnaty Akbara i zapomniała już, że miała od teraz służyć chłopcu młodszemu od niej samej. Cesarz był chudy i drobny, ale chociaż posturę miał dziecięcą, patrzył na przybyłych z inteligencją, jakiej nie widziała u wiele starszych żołnierzy. Dalej jednak zdawał się bardzo bezbronny. Przynajmniej od sam. Jego żołnierze, milczący i twardzi, stojący  po jego bokach, zdecydowanie nie byli tak bezbronni. Indyjski książę kazał im zbliżyć się do siebie i najpierw chwilę im się przyglądał, a potem zadawał im pytania. Czy umieją śpiewać, czytać, malować, opowiadać, czy znają historię, albo czy znają się na czymkolwiek. Kiedy wszystkie już odpowiedziały, wybrał kilka z szeregu, w tym Samirę i powiedział, że one na razie zostaną u niego na dworze. Reszcie kobiet dał wybór - wolność, albo przejście na służbę u któregoś z indyjskich nababów. Większość z nich roztropnie wybrała inne dwory, a te, które wybrały wolność, wyprowadzono na ulice i nam rozdano im minimalną ilość pieniędzy z sułtańskiego prezentu i pozwolono odejść. Większość z nich prawdopodobnie szybko umarła, albo trafiły do domów uciech. Tak, czy inaczej, Samira więcej ich nie widziała.
Jako jedna z niewielu służek potrafiła czytać, Akbar natomiast miał z tym spore problemy. To i fakt, że była najmłodsza z przysłanych kobiet, sprawiały, że cesarz często ją do siebie wzywał. Mimo młodego wieku, był faktycznie bardzo inteligentny. Talent krasomówczy i najwyraźniej odziedziczone podejście sprawiały, że obejmował mecenatem artystów, skupował książki, sponsorował również naukę. Ogólna opinia o Akbarze mówiła, że jest on władcą oświeconym. Tolerancyjny, co było bardzo rzadkie, z umiłowaniem do dyplomacji, zdawał się być zupełnie inny, niż wszyscy władcy swojej epoki. Samirze często pozwalał zostać w komnacie, kiedy wypisywał listy, czy dyskutował z pojedynczymi podwładnymi. Słuchała go uważnie, starając się zapamiętywać jak najwięcej i czytała mu, kiedy prosił. Próbowała też uczyć go czytać samemu, ale nie stał się biegły w tej sztuce tak długo, jak dziewczyna pozostała na jego dworze, czyli przez następne 8 lat. Nie mogła powiedzieć, że była blisko z księciem, ale był on zdecydowanie najmilszym mężczyzną, jakiego do tej pory poznała. Obserwowała jego dorastanie, sama nie będąc wiele starszą, ale na tyle, żeby spodziewać się, co może go spotkać. Lubiła myśleć o nim jak o swoim przyjacielu, mimo, że prawdopodobnie on nigdy nie pomyślał o niej podobnie. Po pierwszej nocy, którą spędziła z nim, kiedy poprosił, musiała przyznać przed sobą, że jest w nim zakochana. Zresztą, nie ona jedna prawdopodobnie, wszyscy kochali cesarza Akbara, a ona mogła być faworytą, nigdy jednak nie miała zastąpić mu żon, ani nawet być jedyną z konkubin. W końcu też upłynęło wspomniane osiem lat i zdarzyło się coś, przez co Samira poczuła się bardziej zdradzona, niż kiedykolwiek. Coś, co ponownie przypomniało dziewczynie, że jest tylko nędzną kobietą w świecie przejętym przez mężczyzn.
Miała dwadzieścia cztery lata i była już piękną, w pełni ukształtowaną kobietą. Dzień, w którym na dwór Akbara przyszedł jeden z jego najlepszych dowódców, miał okazać się dniem, w którym Samira ponownie zmieniła miejsce zamieszkania. Mężczyzna, bliżej czterdziestki, niż trzydziestki, gościł w pałacu przez niemal miesiąc, zanim wyjechał, a kiedy już to zrobił, cesarz obdarował go "drobnym" podziękowaniem za zasługi wojenne. Bogactwem, przysmakami, rzeźbami, oraz oczywiście kobietami, które pozostawały wciąż towarem wymiennym, jak zwierzęta. Samira była, jak już wspomniano, piękną i inteligentną jak na kobietę osobą i Akbar uznał, że będzie godnym podarunkiem dla jego dowódcy. Załamała się, kiedy wyprowadzono ją z pałacu do karawany mężczyzny. Tym bardziej, że cesarz nawet ich nie pożegnał. Nie było w tym nic dziwnego, wciąż były tylko służącymi, ale dziewczynie złamało to serce. Przypomniała sobie, znowu, boleśnie i mocno, że jest tylko służalczą kobietą, która nie będzie znaczyć dla nikogo więcej, niż tyle, ile znaczyłyby pieniądze na nią wydane. Pobyt w Czerwonym Forcie na całe osiem lat dał jej wiarę, że jej historia również mogła mieć szczęśliwe zakończenie, a wraz z opuszczeniem jego murów, uświadomiła sobie, jak głupia była za każdym razem, pozwalając sobie w to wierzyć.
Okazało się, że jej nowy pan nie tyle planował zostawić ją jako swoją konkubinę, a żeby pokazać swoją potęgę i niezależność od konwenansów, zdecydował, że bękarcia córka Sulejmana, była nałożnica wielkiego cesarza, zostanie jego żoną. Piątą, ale żoną. Chandraj - bo tak było na imię jej pierwszemu mężowi - miał bardzo nieprzyjemne umiłowanie w znakowaniu. Nie dość, że każda jego własność z żywego inwentarza musiała być oznakowana jego prywatnym symbolem, to za różnego rodzaju przewinienia, również wypalało się znaki. Tak, kobiety też były na dworze Chandraja żywym inwentarzem i wraz z momentem, w którym mężczyzna uczynił Samirę swoją żoną, wypalił na jej dekolcie i piersiach znak, jaki miała każda z jego partnerek. Samodzielnie znakował każdą z kobiet, unieruchamiając je najpierw sznurami, by znak przypadkiem nie wypalił się krzywo. Raz oznaczona żona nie miała prawa zasłaniać symbolu w towarzystwie męża, albo jego gości. Jeżeli miała wypalone inne znaki, w towarzystwie gości również nie mogła ich zasłaniać. Kobiety mieszkające u Chandraja miały wstydzić się swoich przewinień za każdym razem, kiedy ktoś na nie patrzył. Obowiązywał je wymyślony przez pana domu regulamin, jak to, że nie mogły na męża patrzeć, jeżeli ten im nie kazał, odzywać się, jeżeli ten im nie kazał, opuszczać pokoju, jeżeli ten im nie pozwolił, skracając - nie mogły zrobić niczego, bez wcześniejszego ustalenia tego z mężem.
Tydzień, może dwa po tym, jak przyjechała na dwór swojego męża, Samira zaczęła czuć się paskudnie. Miewała częste mdłości, robiło jej się słabo, kręciło się w głowie. Dzisiaj Ishani bez trudu może stwierdzić, na co cierpiała wtedy, ale w tamtych czasach odpowiedź dała jej dopiero najstarsza z pałacowych konkubin. Przyszła do Samiry, gdy ta trzeci dzień z rzędu była niezdolna do jakiejkolwiek pracy, zbadała ją w konkretny sposób, musiała się najwyraźniej znać na podejściu do ciężarnych. Bo to właśnie było dolegliwością. Dziewczyna była w ciąży, a po stopniu jej zaawansowania, pałacowa konkubina zdradziła jej też, że to nie będzie dziecko Chandraja. Z jednej strony, ta wiadomość była przerażająca. Jeżeli mężczyzna dowie się, że noszone przez nią dziecko nie jest jego, to nie dość, że ją go pozbawi, pewnie jeszcze przed narodzinami, to będzie karać ją za to jeszcze przez długi, długi czas, mogła nigdy nie wrócić do łask męża. W dodatku, to była jej pierwsza ciąża, więc nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Widziała już porody i to było pełne bólu, płaczu i krzyku wydarzenie. Nie była pewna, czy przechodzenie go jest tym, na co miała ochotę. Z drugiej strony, świadomość, że nosiła w sobie potomka kogoś wielkiego, kim, mimo jej zgorzknienia, był Akbar, była piękna. Dziecko, syn albo córka z jej krwi i krwi jedynego mężczyzny, którego kochała. Geniusza swoich czasów, który przekazał swój kunszt dalej. Nie łudziła się, że dziecko miałoby jakieś korzyści materialne, czy socjalne z tego, ze byłoby potomkiem Akbara. Pewnie gdyby ktoś się dowiedział, to największa łaska, na jaką miałoby szansę, to szybka śmierć, więc musiałaby dopilnować, żeby potomek albo nie wiedział, albo nie wygadał. Oczywiście łatwiej byłoby mu po prostu nie powiedzieć, jednak ona czułaby się potwornie, myśląc, że ktoś taki jak Chandraj jest jej ojcem. Błagałaby Boga, by ten dał jej znak, że to nieprawda, że jej prawdziwy ojciec zgubił się gdzieś indziej. Natomiast żądanie od dziecka, by to utrzymało tajemnicę, to pokładanie w nim ogromnych nadziei. Wątpiła, żeby kilkuletni rozum był gotowy na taką dyskrecję.
Gdy jej brzuch zaczął się uwydatniać, mąż okazał się zadziwiająco wyrozumiały dla ciężarnej. W okresie, w którym nosiła potomka, obiecał jej, że nie będzie ponosić kar cielesnych, które mogłyby zaszkodzić dziecku, jej przydziały jedzeniowe zrobiły się dużo bardziej zróżnicowane i obfite, a mężczyzna okazywał jej uwagę i troskę. Mimo to, nie wierzyła, że od teraz Chandraj zmieni podejście. Przez czas, w którym dziecko będzie niezdolne do funkcjonowania bez matki, może, ale gdy usamodzielni się wystarczająco, to mąż prawdopodobnie wróci do tego samego, co robił wcześniej. Przemoc i pastwienie się, może nawet bardziej, niż dotychczas, ponieważ mogła się w nim jeszcze nagromadzić frustracja za czas, w którym nie karałby kobiety. Samira musiała się jednak cieszyć tym, co miała. Chciała tego dziecka, była już zdecydowana i bez względu na to, czy miała później cierpieć, czy nie, było to tego warte.
Nosiła potomka przez prawie dziewięć miesięcy, z dnia na dzień robiąc się bardziej podekscytowana perspektywą porodu, ale też bardziej męcząc się samą ciążą. Kiedy więc przyszła pora, żeby wydać dziecko na świat, poczuła ulgę, gdzieś podświadomie, koło tego całego stresu. Chociaż bolało bardzo i trwało długo, udało jej się urodzić zdrową dziewczynkę. Kavitha, czyli imię znaczące "wiersz" uznała za odpowiednie dla swojej córki. O dziwo, nie musiała nawet pytać o zgodę na nadanie go męża, ponieważ mężczyzna sam ją zapytał, jak chce nazwać dziewczynkę. Gdyby urodził się chłopiec, to co innego, wtedy sam wybrałby imię, jeśli jednak była to dziewczyna, pozwolił na nadanie jej miana przez matkę.
Na opiekę nad córką bez stresu dano jej niemal rok. Niedawno zaczęła swój dwudziesty szósty rok życia i powinna w tym wieku mieć więcej, niż jedno dziecko, mąż zdecydowanie tego od niej wymagał. Ona była jednak tak skupiona na swojej córce, że ciężko jej było zauważać najpierw dyskretne, a później już znaczące aluzje męża. Więc kiedy wszystko wróciło do starego systemu, było to dla Samiry niespodziewane. Większość jej poparzeń nie była już widoczna w takim stopniu, w jakim były dotychczas, kiedy jednak na jej szyi pojawiło się nowe piętno, przypomniała sobie, jak wyraźną hańbą pozostawało to na skórze. Oparzenia miały nigdy się nie zagoić. Zastanawiała się, czy jej córkę również miało spotykać piętnowanie za wykroczenia, bo może i Chandraj nie planował z nią sypiać, mimo to wątpiła, by nie chciał jej karać. Czy miał sprzedać córkę jednemu ze swoich przyjaciół za żonę, kiedy ta trochę podrośnie? To nawet nie było jego dziecko, a on miał zarządzać jego życiem. Nie było nic, co frustrowałoby ją bardziej, musiała jednak milczeć i utrzymywać, że owszem, Kavitha jest córką jej męża. To było najlepsze dla wszystkich.
Pewnego dnia w pałacu Chandraja zdarzyło się coś bardzo niespodziewanego. Zawitały w nim dwie, kompletnie obce jej kobiety. Nie były zapowiedziane, a mimo to jej mąż po zetknięciu się z nimi twarzą w twarz, zareagował, jakby znał od lat starszą z nich. Ich uroda była bardzo daleka tej, jaką miały kobiety w Indiach. Jedna z nich, starsza właśnie, pochodziła z Azji, co Samira wnioskowała po jej skośnych oczach i kolorze skóry, ale druga? Musiała być naprawdę z bardzo daleka. Miała skórę w kolorze kości słoniowej i płomienne włosy, do pary z jasnymi oczami. Obie poruszały się z gracją i jakąś dziwną, tajemniczą aurą, która zdawała się przyciągać. Ciała miały zakryte sukniami zupełnie innymi, niż wszystkie, jakie do tej pory widziała, niemal tak pięknymi, jak one same. Samira nie potrafiła oderwać od nich wzroku, chociaż mąż nie pozwolił kobietom podnieść głów. Dla Sam było to już któreś z kolei wykroczenie w tygodniu i w momencie, w którym Chandraj zauważył jej spojrzenie, wściekł się bardziej, niż mogłaby podejrzewać. Przypalił ją na oczach swoich gości, licząc, że zhańbi ją jeszcze bardziej, niż gdyby zrobił to później. Nie mylił się, to oparzenie zraniło jej i tak połamaną dumę bardziej, niż poprzednie. Jednak ani ona, ani jej mąż nie mogli podejrzewać, że dzięki temu przypaleniu, życie kobiety miało w końcu odmienić się na lepsze.
Noc miała spędzić z dzieckiem, jak każdą, w której nie gościła męża, ale gdy było już daleko po zmierzchu, a jej córka zasnęła jakiś czas temu na poduszkach, uśpiona opowieściami matki, drzwi jej komnaty otworzyły się. Zdziwił ją widok nieznajomej, starszej z kobiet, ale nie ukrywała szczęścia, że ta zjawiła się w jej samotni. Zdążyła się jednak tylko uśmiechnąć, nawet nie przywitała czarnowłosej, ta bowiem położyła sobie palec na ustach, nakazując ciszę i podeszła do Samiry, patrząc na nią poważnie. Chwyciła ją za dłonie, po czym odezwała się cicho.
- Moja córka mówi, że nie zasługujesz na traktowanie, jakie cię tutaj spotyka. - powiedziała, uważnie przyglądając się mimice swojej rozmówczyni. - Ja jednak uważam, że żadna z was nie zasługuje i zastanawia mnie, czemu właśnie tobie miałabym pomóc?
- Niestety, nie sądzę, żebym rozumiała, o czym do mnie mówisz. - odpowiedziała Samira, zgodnie z prawdą. Azjatka westchnęła bardzo cicho, po czym przeformułowała wypowiedź.
- Mogę cię uwolnić, Samiro. Mogę dać ci siłę, żebyś była zdolna odejść stąd i zaleczyć wszystkie rany, jakie zadał ci ten mężczyzna, przynajmniej te fizyczne. Nie wiem jednak, czy zniesiesz ogrom mocy, jaki chcę ci ofiarować. Nie wiem też, czy jesteś w stanie poradzić sobie z wolnością. Ani, czy w ogóle chcesz wolności.
Zawahała się. Nie wiedziała, czy to nie kolejny fortel jej męża, mający na celu udowodnienie, które z kobiet wymagają dalszego dyscyplinowania. Mimo wszystko, miała przejść obojętnie obok oferty wolności tylko dlatego, że była co do tego nieufna? Jeżeli nie weźmie każdej szansy, aby naprawić swoje życie i życie swojej córki, czy naprawdę zasługiwałaby na ocalenie? Mocniej chwyciła dłonie kobiety i pokiwała głową, decydując się na ryzyko.
- Chcę być wolna. Dla mnie, dla mojej córki, chcę być wolna. - powiedziała pewnie, jednak ta pewność szybko uleciała z niej, kiedy tamta złapała ją nagle za szyję z jednej strony z niespotykaną siłą i to nie jak na kobietę. Wątpiła, by ktokolwiek trzymał ją kiedyś tak mocno, nawet pasy Chandraja.
- Przekażę ci teraz ogromny dar. A potem nauczę korzystać z niego, byś nigdy nie musiała czuć się zagubiona. - powiedziała kobieta poważnie, po czym ugryzła Samirę w szyję, zakrywając jej usta, aby powstrzymać ją od krzyku. Ta jednak była chyba zbyt zszokowana, żeby wydać jakikolwiek dźwięk. Czuła, że nie ma absolutnie żadnych szans, żeby się oswobodzić i jedyne, na co się zdobyła, kiedy krew opuszczała jej ciało wraz z życiem, to odwrócenie się do śpiącej na łóżku Kavithy. Zaledwie rocznej. Jeżeli był to jakiś okrutny żart i wymyślny sposób na pozbawienie Samiry życia, samolubnie cieszyła się, że może odejść z tego świata, patrząc na najważniejszą istotę w swoim życiu. Gdy jednak była na skraju świadomości, poczuła, że kobieta przestała pić jej krew. Poczuła też, że tamta przysunęła swój nadgarstek do jej ust. Wydawało jej się, że usłyszała: "pij", ale czy usłyszała to naprawdę, nie miała pojęcia. Po prostu gdy krew dotknęła jej warg, zareagowała tak, jak nakazywał jej instynkt i sama zaczęła pić.
Następne kilkanaście godzin było męczarnią. Jedyne, co Samira z nich pamięta, to przymglone głosy, pytające, co się dzieje i krzyki. Własne, oraz swojej córki, przerażonej ludzkim cierpieniem. Gdy wyraźniejsze myśli zaczęły do niej przychodzić, pierwszą była obecność obu obcych kobiet w jej pokoju. Ruda malowała henną znaki na jej ciele, zasłaniając poparzenia. Czarnowłosa Azjatka natomiast uśmiechała się do niej, głaszcząc ją po włosach. Samirze ciężko było to wszystko ogarnąć, między innymi dlatego, że odbierała wszystko mocniej. Zarówno uczucie aksamitu pod dłońmi, jak i zapach olejków, widziała najdrobniejsze szczegóły swojej komnaty. Czuła się zupełnie, jakby patrzyła na nią po raz pierwszy. Jak nowonarodzona, ale ze świadomością pozwalającą zrozumieć świat na nowo. Niestety, był też jeden mankament tego wszystkiego. Oprócz wszystkich tych pozytywnych uczuć, towarzyszył jej też głód tak silny, jakiego do tej pory nie doświadczyła. W zasadzie był to chyba pierwszy raz, kiedy czuła się nienasycona.
- Co się stało? - zapytała Azjatkę, podnosząc się. Widząc, że Samira się obudziła, obie kobiety spojrzały na siebie i zareagowały, jakby wcześniej to planowały. Ruda podniosła się i wyszła, a czarnowłosa ujęła jej dłonie i zaczęła mówić do niej uspokajająco.
- Mam na imię Liyang. Wczoraj uczyniłam cię moją córką. - powiedziała, głaszcząc ją dalej w matczynym geście. - Svietlana jest twoją siostrą. O nic nie musisz się bać. Wszystko ci wyjaśnię i będę uczyć cię tak dobrze, jak będę umiała i tak długo, jak będziesz czuła, że potrzebujesz. - zapewniła ją, a zaraz po tym, jak skończyła wypowiedź, do pokoju wróciła ruda, trzymając mężczyznę, dwa razy większego, niż ona. Znała go, to jeden z ochroniarzy jej męża. Jeden z tych, którzy najczęściej towarzyszyli przy piętnowaniu kobiet.
- Jedz. - powiedziała Svietlana, przysuwając jej mężczyznę, w którego oczach widziała przerażenie. - Jedz, siostro. - dodała, więc Samira ugryzła mężczyznę, w żadnym stopniu nie czując, że jest jej go szkoda. Usłyszała jego krzyk, stłumiony przez dłoń wampirzycy i żałowała, że nie mogła go teraz usłyszeć głośno. Chciałaby, żeby wrzeszczał tak, jakby go przypalali. Nieszczęsny błąd genetyki, jak większość mężczyzn zresztą. Każda kropla krwi mężczyzny była radością i kiedy skończyła, odrzucając włosy i ocierając wargi, poczuła w sobie coś nowego. Głód co prawda dalej był niezaspokojony, ale przynajmniej nie było już tej palącej potrzeby, żeby pić. Nie, to co się w niej obudziło było silniejsze i nowe. Jak gdyby jej nienawiść urosła wraz z przemianą w wampira. Najchętniej zabiłaby wszystkich mężczyzn w tym budynku, wypuściła kobiety i kosztownościami ze skarbca wysypała ulice, a potem spaliła miejsce, zaczynając od pokoju wypalania. Jej zapał jednak ostudziła Liyang, jak gdyby czytała jej w myślach.
- Spokojnie. Czuję, że twój gniew jest wielki, ale przemyśl swoje postępowanie. Jesteś pewna, że nie lepiej będzie, jeśli, dla przykładu, nie spalisz całego budynku? - zapytała kobieta, ale Ishani ciężko było patrzeć na całą tę sytuację obiektywnie. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że to piekło miało zostać nienaruszone. Mogła jednak pogodzić się z budynkiem, pod warunkiem, że właściciela będzie mogła spalić w jego własnym palenisku.
- W porządku. - odpowiedziała jej matka znowu, mimo, że nie zdążyła nawet zadać pytanie. - Możemy pomóc ci z nim skończyć.
- A co z moją córką? - zapytała Samira, zdając sobie sprawę, że to mogło wcale nie być takie jasne, że może ją wziąć ze sobą. - Możemy ją zabrać?
- Nie. - odmówiła Liyang, kręcąc głową poważnie. - Musisz oddać ją jednej z tutejszych kobiet. - dodała, a Samira westchnęła głęboko. Wolałaby, żeby to się nie stało, żeby dziewczynka pojechała z nimi, z drugiej strony, Liyang pewnie miałą rację. Jak miała wychować zdrową dziewczynkę jako wampirzyca? Zgodziła się więc, prosząc tylko, żeby mogła zostawić jej list. Na to już jej wampirza matka wyraziła zgodę i na tym skończyło się omawianie warunków. Później, po spakowaniu rzeczy Samiry w kufry, kobiety ruszyły przez pałacowe korytarze do sal Chandraja. Straż nie była dla nich żadnym problemem i dziewczyna zastanawiała się, jak szybko miała się stać tak potężna jak one. Żaden człowiek nie był dla nich problemem, bo pokonywały ich albo swoją siłą, albo jakimiś umiejętnościami, które wychodziły chyba prosto z ich umysłu. Kiedy przeszły już przez cały pałac i weszły do głównej komnaty jej męża, zastały go i jego strażników siedzących wśród ognia. Wszystko jakby zwolniło, kiedy Svietlana i Liyang zajmowały się obstawą, a ona ruszyła do pana domu. Wstał z poduszek i krzyknął do niej w przerażeniu i wściekłości, najwyraźniej dalej licząc, że kobieta się go boi.
- Samira, co to ma znaczyć?! - wrzasnął wściekle, ale widziała każdy cal jego przerażonego ciała. Czuła jego strach zmysłami i słyszała drżenie głosu, chociaż jego głos był wyuczony do stawiania rozkazów. W końcu do niego dotarła, chociaż stało się to wszystko w kilka sekund, dla niej spacer przez komnatę trwał całą wieczność. Inaczej było z chwilą, kiedy złapała za szatę Chandraja i wepchnęła jego głowę w rozpalone węgle jego płomienia. Trzymała go, mimo że ogień palił też jej dłonie, nie mogła jednak powstrzymać się przed przytrzymywaniem znienawidzonego potwora. Czuła, jak wierzga i rzuca się, płonąc żywcem i miała nadzieję, że czuje ból tysiąckrotnie większy, niż kiedykolwiek którakolwiek z jego kobiet czuła przez niego. Gdy przestał się rzucać, cofnęła się, łapiąc za poparzone okropnie dłonie i dysząc ciężko. Zacisnęła zęby i chociaż w komnacie były już tylko one, to odezwała się, czując, jak do oczu napływają jej łzy.
- Nie jestem żadną Samirą. Nie chcę nią być. - powiedziała, najpierw cicho, niemal szeptem, po czym kontynuowała, zdecydowanie głośniej. - Nie chcę! Nazwij mnie znowu, matko, skoro ponownie się narodziłam. - poprosiła, odwracając się do najstarszej z wampirzyc. Azjatka uniosła brwi, nieco zaniepokojona, bo Samira musiała wyglądać wtedy na bardzo niestabilną psychicznie. Z poparzonymi ramionami, łzami w oczach i szerokim uśmiechem na twarzy.
- Nie jestem byle dziwką i nie będę tylko "dobrym towarzystwem". Daj mi nowe imię. Błagam. - poprosiła znowu, a jej matka złapała ją za ramię tam, gdzie ogień nie dotarł. Spojrzała na Svietlanę, która przywlokła jakiegoś oddychającego jeszcze strażnika.
- Zrobię to, ale najpierw się napij. Twoje ręce muszą się wykurować.
- Proszę. - powtórzyła mocno, chociaż klęknęła przy swojej następnej ofierze. - Nie chcę nigdy więcej musieć się tego wstydzić.
- Ishani.
- Co? - zapytała, jednak wyrwana ze swoich rozpaczliwych błagań tak szybką reakcją. Liyang uśmiechnęła się, odgarniając jej włosy z twarzy, znowu.
- Ishani. Jedno z imion bogini Durgi. Tej, która broni ludzi przed demonami. - powiedziała jej matka, a dziewczyna przypomniała sobie, o której bogini mówi. Faktycznie. Jedno z jej malowideł znajdowało się nawet w pałacu. Poczuła, że to jest imię, z którego mogła być dumna i pod którym mogła od teraz żyć. Pokiwała więc głową i ugryzła mężczyznę już nie jako Samira, towarzyszka mężczyzn, ale Ishani, imienniczka bogini-wojowniczki. Wampirzyca, która mogła stać się kimś wielkim i nareszcie mieć rodzinę, bez względu na to, jak niemoralna mogła wydawać się innym.
Wyjechały z tego pałacu jeszcze tej samej nocy. Wcześniej Ishani przekazała córkę najstarszej i najbliższej sobie kobiecie z haremu, córce jednego z doradców Akbara. Dała jej też list, w którym przepraszała dziecko za to, że je opuściła i zdradzając jej, czyją naprawdę jest córką. Wiedziała, że jeżeli Kavitha podrośnie i dostanie list, nigdy on nie wynagrodzi jej bycia opuszczoną, ale była też pewna, że to najlepsze, co mogła dla niej zrobić. Wsiadła więc do powozu razem z Liyang i Svietlaną i wyjechała z Agry, jako świeżo przemieniona wampirzyca, która miała poznać dopiero trudy wampirzego życia.
O dziwo, od przemiany, tempo z jakim dotychczas pędziła, zmniejszyło się. Życie stało się spokojniejsze, kiedy wiedziała, że ma dużo czasu. Razem ze swoją nową rodziną wyjechała do jednej z posiadłości matki, znajdującej się dość daleko od Indii i na szczęście, również od Imperium Osmańskiego. Chiny okazały się piękną krainą, pełną lasów i nowych istnień, jakich również dotychczas nie widziała. Małe pandy i duże pandy, kolorowe ptaki, przedziwne małpy. Wszystko to było czymś nowym, ale sama atmosfera panująca w nowym kraju również wydawała jej się zupełnie inna, niż ta, jakiej doznała do tej pory. Na miejscu naprawdę nie robiła wiele. Uczyła się wampirzych zwyczajów i przepisów panujących w nowym środowisku, usłyszała o swoim przodku, ojcu Liyang, Longweiu, dowiedziała się masy o radzie wampirów i o tym, że od teraz będzie zarejestrowana w takowej. Nie przeszkadzało jej to. Z jakiegoś powodu od początku, kiedy tylko usłyszała o instytucji, która kontrolowała tak potężne istoty, jakimi były wampiry, poczuła do niej szacunek. Możliwe, że to dzięki matce, która wypowiadała się o niej dosyć pochlebnie. Z drugiej jednak strony, Svietlana nie była taka chętna do działania w duchu rady, może więc po prostu Ishani miała we krwi czyjeś zwierzchnictwo ponad sobą. A jako, iż była to grupa, a nie jedna osoba, w dodatku składająca się z różnych person, nie czuła się zdominowana przez kogoś bezprawnie. Szkoliła się w chińskim i próbowała znaleźć w sobie umiejętności, o jakich opowiadała jej matka. Praktycznie bez przerwy też ćwiczyła swoją siłę, sprawność i szybkość z siostrą. Na początku nie miała z nią szans, mimo, że było to jedynie pół roku różnicy, ale bardzo szybko nabrała wprawy. Po również nie tak długim czasie, objawiła się u niej umiejętność, której szukała u siebie z takim skupieniem. Psychokineza, która szybko stała się jej ulubionym zajęciem. Uwielbiała ćwiczyć, mimo, że było to bardziej męczące niż ciężki trening fizyczny i musiała jeść bardzo często. Czym to jednak było w obliczu potęgi, która czekała na wyżynach opanowania umiejętności?
Oprócz umiejętności wampirzych, Liyang uczyła też swoje córki bardziej przydatnych umiejętności, takich jak sztuki walki, czy medytacja. Ishani nie uważała na nich tak bardzo, jak robiła to na treningach siły, zwinności, czy umiejętności specjalnych, nad jakimi cały czas matka kazała im pracować, mimo to była bardzo zdyscyplinowaną córką i starała się jak mogła przy każdym zajęciu, jakie dawała im kobieta. Nawet jeżeli uznawała coś za zbędne, czy nieinteresujące, robiła co mogła, żeby robić to tak dobrze, jak potrafiła i starała się stawać lepszą. Wiedziała, że matka tego od niej chciała. Musiała być tak dobra, żeby być sama z siebie zadowoloną.
Ich życie toczyło się w podobny sposób przez bardzo długi czas. Sporo podróżowały, poznając wiele miejsc i zabijając w nich tylu ludzi, ile potrzebowały i ich życie toczyło się, zgodnie z zasadami rady. Odpowiadały na wezwania, przynajmniej ona i matka, postępowały zgodnie z prawem, nigdy w życiu nie zdradziły się żadnemu człowiekowi. Najwyraźniej jednak sposób ich życia zwrócił czyjąś uwagę. Nieważne, czy była to uwaga najstarszej osoby z wioski, która zarejestrowała dziwne mieszkanki ze skraju lasu, które nigdy się nie starzały, czy też znalazł je jakiś łowca. Były w Kalkucie od kilku miesięcy, więc bardzo niespodziewany był dzień, w którym do ich domu załomotał motłoch. I tak dziwne, że zapukali. Ktoś z służby otworzył naiwnie drzwi. Szczęście, że zjawili się w ich domu pod wieczór, bo gdyby zrobili to w ciągu dnia, zagwarantowaliby sobie wygraną, poprzedzoną krwawą walką o życie. Słońce już jednak zaszło, a gdy pierwsze okrzyki dobiegły do uszu lokatorek, siedziały wspólnie w bibliotece, wstały bowiem niedawno. Żadna z córek nie chciała zostawiać matki z tym samej, a chociaż początkowo Liyang przyjęła ich pomoc, kiedy do nozdrzy doszedł zapach dymu, zmieniła zdanie. Ishani dalej nie rozumie, dlaczego matka nie uciekła z nimi. Myślała, że załatwi im więcej czasu? Po przemyśleniu sprawy, Ishani spodziewa się, że matka chciała zapewnić tłumowi męczennika. Kozła ofiarnego, na którego będą mogli zrzucić swe przerażenie, jakie narosło w nich, kiedy powoli uświadamiali sobie, że w posiadłości obok mieszkają potwory. Bez względu na to, czy ta wersja jest prawdziwa, czy też Liyang miała inny powód, aby zostać w posiadłości, autorytetem zmusiła dzieci do opuszczenia domu. Siostry uciekły z domostwa i złapały pierwszą dorożkę, która przejeżdżała, ale nie oszczędziło im to widoku jednego z ich domów, który stawał w ogniu.
Do Wielkiej Brytanii przyjechały po tym, jak zahaczyły o inną posiadłość w celu uzupełnienia niedoborów pieniężnych, czy materialnych w ogóle. Czemu akurat Londyn? W pożarze podsyconym od ich domu, spłonęło też kilka innych. Nietrudno było przyjechać z Indii do Wielkiej Brytanii i powiedzieć, że wraca się po nieszczęśliwej śmierci mężów w płomieniach. Dlaczego dwie kobiety? Były siostrami braci, proste. Co dalej? Pewnie jeszcze żadna z sióstr nie ma pojęcia.

Charakter:
Największą i najbardziej znienawidzoną przez Ishani jej własną wadą, jest niskie poczucie własnej wartości. Gdyby nie ono, większość jej innych wad mogłoby zostać wyeliminowane. Niestety, dziewczyna miała już ponad 300 lat na poradzenie sobie z nim, a nie zanosi się, żeby miało się poprawić. Przynajmniej ma jeszcze całą wieczność.
Opinię o samej sobie ma tak zaniżoną przez lata złego traktowania. Dziewczyna nie jest niepewna ani swojego wyglądu, ani charakteru, do obu z nich podchodzi raczej obiektywnie, przynajmniej się stara. Nienawidzi jednak swojego pochodzenia i swojej płci za to, jak bardzo obie ją ograniczają. Zdaje sobie sprawę, że jeżeli nie byłaby dzieckiem kurtyzany i urodziła się chłopcem, spokojnie mogłaby wieźć zupełnie inny żywot, w którym pewnie to ona pomiatałaby gorszymi od siebie i kobietami. Przez fakt, że praktycznie całe jej ludzkie życie spędzała na uświadamianiu sobie, jak niewiele jest warta, myśl o bezwartościowości, wobec której jest bezsilna, wryła jej się w mózg. Ciężko jej być z czegoś zadowoloną i gdy za coś się bierze, jeżeli nie spełnia to jej własnych oczekiwań, automatycznie znaczy to, że jest tragiczne. Nieważne, czy chodzi o produkt pracy rąk, jak na przykład wypieczony chleb, który nie upiecze się równo, czy też o działanie w jakiejś umiejętności. Jeśli Ishani nie jest sama z czegoś zadowolona, znaczy to, że będzie pracować nad tym tak długo, jak nie będzie przynajmniej na jej własnym, znośnym poziomie.
Mimo nienawiści do swojej płci, nie chciałaby jej zmienić. Podchodzi do niej dokładnie tak, jak do reszty. Będzie nad nią pracować tak długo, póki jej się nie spodoba. Nawet jeżeli w tym przypadku oznacza to prawdopodobnie walkę z zakorzenionym w umysłach patriarchatem. Może i w środowisku wampirów płeć liczy się mniej, ale Ishani nie zapomniała, jak traktuje się ludzkie kobiety. Bez względu na to, co mówią te bardziej zaradne, że: "łzami i rzęsami można rządzić panami", wampirzyca nie chce, by na płeć nakładano jakiekolwiek standardy. Marzy o dniach, w których zobaczy kobiety na stanowiskach dyrektorskich, panie, które zajmują się rąbaniem drewna i mechaniką. Bardzo zależy jej na uświadamianiu dziewcząt i kobiet o tym, że nie są gorsze tylko dlatego, że urodziły się jako nie-mężczyźni. Nigdy nie pożywiła się kobietą i chociaż póki co nie zdecydowała się na przemienienie nikogo w swoje dziecko, to jest przekonana, że jej pierwsze będzie kobietą.
Chciałaby powiedzieć, że to nie jest tak, że nienawidzi mężczyzn, ale nie może. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest co do nich sprawiedliwa, bo przecież nigdy nie jest tak, że każdy reprezentant jakieś grupy jest zły, lub dobry. Wie też, że mężczyźni póki co byli jedynymi, do których odczuwała pociąg romantyczny. Zrzuca to jednak na bajki i opowieści, jakich naczytała się w dzieciństwie i bzdurną, podświadomą wiarę w szczęśliwe zakończenia. Ishani, chociaż nigdy tego nie przyzna, trochę też boi się mężczyzn. Nigdy w żadnym nie miała oparcia, a opinię na własny temat pogarszali jeden po drugim. Chociaż jej ojciec, Akbar i mąż to dość skrajne przypadki, spotkała w swoim życiu już całkiem sporo przedstawicieli płci przeciwnej i może kilku z nich traktowało kobiety z należytym szacunkiem. Wampirzyca zdaje sobie sprawę, że często im młodsze pokolenie, tym lepiej rozumie potrzebę równouprawnienia i liberalności. Dlatego też im starszy człowiek, tym bardziej dziewczyna jest co do niego sceptyczna. Trochę inaczej rzecz ma się z wampirami, je wszystkie trzeba oceniać w ich własnych ramach. Kiedy jednak chodzi o ludzi, najbardziej oczywiście podziwia i uwielbia młode kobiety, zarówno te odważne i zaradne, jak i zagubione nieszczęśnice, zaraz po nich dojrzałe panie, które przeszły już swoje. Zadziwiająco, niewiele mniej od nich przepada za młodymi chłopcami, wobec których często budzą się jej matczyne uczucia, zdaje sobie bowiem sprawę, że w nich wiarę w egalitaryzm dałoby się zaszczepić, gdyby poprawnie ich wychować. Później są młodsi mężczyźni, mający mniej, niż trzydzieści lat. To umowna granica, bo przecież tylko na nich patrząc, nie da się ocenić wieku, ale po nich zazwyczaj wampirzyca może spodziewać się dwóch rzeczy - albo będą szukać w swoim życiu bohemy i wyzwolenia od etykietek, albo będą zapalonymi konserwatystami, którzy potwierdzenia dla swoich ideałów będą szukać agresywnie i bardzo głośno. To ma do siebie młodość, że wierzy się w coś niemal ślepo i chce doświadczać całym sobą. Jeśli trafi się na liberała, w porządku, rozmowa może nawet okazać się ciekawa. Kiedy jednak na drodze wampirzycy stanie konserwatysta, często nie odmówi sobie posiłku. Na szarym końcu uproszczonej klasyfikacji są dojrzali mężczyźni, co do których Ishani jest tak sceptyczna i nieufna, jak tylko może. Nigdy nie spotkała pana, którego poglądy pokrywały by się z tymi, jakie uznaje za właściwie przynajmniej w większości. Nie wyklucza, że tacy istnieją, po prostu w to wątpi. Tak jak w Boga, który, razem z całym "wierzeniem" jest kolejną kwestią w jej charakterze wartą poruszenia.
Bez wątpienia nie jest praktykująca. Nieważne, czy chodziłoby o islam, hinduizm, chrześcijaństwo, wyznawanie Nieba, czy o jakąkolwiek religię, nie zajmuje się wymaganymi od wyznawców rytuałami. Mimo to, nigdy nie wykluczyła definitywnie istnienia wyższego bytu i nie zakwestionowała wagi, jaką bogowie pełnią na świecie. Sama czerpie siłę z tego, że nosi to samo imię, co jedno z hinduskim bóstw. Dla niej jednak religia nie jest szablonem dzięki któremu może wyznawać istnienie nadnaturalnego bytu niezrozumiałego dla mieszkańców planety. Traktuje ją jak potężną i groźną ideę, bardziej śmiertelną niż broń, jakiej używa się w jej obronie. Żyjąc tyle czasu i mając szansę na zgłębienie historii, dziewczyna naczytała się o konfliktach jakie toczyły ze sobą ludy od początku istnienia ludzi. Jednym z pytań, jakie odwiecznie jej towarzyszą, jest właśnie to o religię. Czy jest ludziom potrzebna i jeśli, to czy nie wystarczy jedna? Świat bardzo dużo stracił na konfliktach. Kłótniach o coś, czego istnienia wyznawcy nie mogą być pewni. Myśl o tym, że kiedyś takim samym uwielbieniem istoty mogłyby obdarzyć kogoś chodzącego po ziemi, jest jedną z tych, które dziewczynę piekielnie przerażają. Potęga, jaką w ręku miałby taki ktoś, byłaby niewyobrażalna. Na szczęście, wątpliwe, by kiedyś istniał ktoś taki, więc Ishani poświęca godziny o myśleniu na ten temat tylko w gorszych chwilach, gdy ogarnia ją filozoficzny nastrój.
Na co dzień kobieta ma wciąż delikatny problem z konwenansami. Radzi sobie, mniej więcej, ale często myli kraje w jakich powinna robić co i chociaż nigdy nie są to ogromne pomyłki, mogą wzbudzić rozbawienie, albo lekkie poruszenie świadków. Ma to do siebie między innymi przywiązanie do swobody ubierania i odkrywania skóry, jaką Ishani miała na wschodzie. Teraz, kiedy przybyła do Europy, musi sobie uświadamiać, że nie wypada jej nosić luźnych, zdobionych, szat, spodni i chustek. Svietlana pilnuje jej, by nosiła odpowiednie ubrania, ale to nie zmienia tego, że dziewczyna ma odruch rozpinania kilku guzików, podciągania rękawów, czy rozpuszczania włosów. Nawet nie po to, by kusić, czy prowokować, po prostu jest bardzo nieprzyzwyczajona do ram konwenansów. Znanie teorii nie równa się w końcu radzeniu sobie w praktyce.
Stara się być dobrą osobą. To znaczy, pomijając oczywiście mordy co parę dni, to jest jednak konieczność i nie trzeba przykładać do tego większej uwagi, zwłaszcza, że czasami Ishani rezygnuje z krwi ludzkiej na rzecz zwierzęcej. Zależy jej po prostu na tym, żeby możliwie nie ranić nikogo swoim zachowaniem i wypowiedziami. Mimo, że jej retoryka jest na całkiem wysokim poziomie, woli rozmawiać ze wszystkimi szczerze i jak równy z równym. Czasami wręcz woli dostosować się do rozmówcy. Dzięki (albo przez, zależy jak na to spojrzeć) swojemu pochodzeniu nie podchodzi do nikogo lepiej, lub gorzej przez to, z jakiej warstwy społecznej się wywodzi. Rozumie, że każdy ma za sobą doświadczenie, wiedzę - życiową, lub książkową - i coś, czego mógłby ją nauczyć, mimo, że żyła już długo. Próbuje czerpać z każdego dialogu wiele, zawsze słucha rozmówcy (chyba, że jest on mężczyzną, wtedy zazwyczaj słucha), stara się też rozmowom nie odmawiać. Ma w sobie sporo ciekawości i gdzieś tam głęboko, potrzebę przygody i chęć eksplorowania.

Ciekawostki:
  • Bardzo długo miała problem z nauczeniem się Europejskich standardów dla kobiet, a chociaż względnie orientuje się w etykiecie, wciąż nie rozumie niektórych rzeczy i zdarza jej się o nich zapomnieć. Między innymi o zakrywaniu ciała, które chowa raczej przez panujące w północnej Europie temperatury (i sprawianie pozorów, że je odczuwa), niż przez konwenanse.

  • Wspaniale radzi sobie w tańcach, zarówno towarzyskich, jak i tych indywidualnych, pokazowych, które raczej nie przystoją szlachetnym damom.

  • Zna hindi, rosyjski (dzięki Svietlanie), całkiem nieźle też chiński (dzięki Liyang), angielski i podstawy hiszpańskiego. Zna również osmańskoturecki, jaki swój ojczysty język, więc mniej więcej orientuje się w tureckim i arabskim. Jednak jej mowa jest nieco staroświecka i Ishani ambitnie próbuje uaktualnić swój słownik.

  • Na koniu jeździła tyle, co na słoniu - raz i zupełnie tego nie pojęła, ale zawsze chciała się nauczyć. I na koniach i na słoniach.

  • Ma 170 cm wzrostu.

  • Poparzenia ze swojego ludzkiego życia zasłania henną.

  • Do tej pory Ishani bardzo szanowała Radę Wampirów, nauczyła ją tego matka i nigdy tego nie kwestionowała, nawet nie do końca znając założenia co do niektórych rzeczy, w głowie mając jedynie kodeks.

  • Chciałaby znaleźć innych potomków Longweia i mieć z nimi dobrą relację, ponieważ czuje potrzebę rodzinnego życia.

  • Jest bardzo opiekuńcza wobec kobiet i dzieci. Prawdopodobnie przez matczyne uczucia nie zdarzyło się jeszcze, że pokochała romantycznie kobietę.

  • Mimo, że tęskni za córką, nigdy nie żałowała, że nie wzięła jej ze sobą.

  • Chciałaby nauczyć się walki bronią białą i lepiej poznać sztuki walki, czy medytację.

  • Nawet jeżeli Liyang wiedziała o istnieniu dhampirów, nie przekazała tej wiedzy Ishani. Jeżeli na jakichś się natknie (czy też natknęła), potraktuje ich prawdopodobnie jak wampiry.

avatar

Wiek : 345 lat (26 w dniu przemiany)
Zawód : Nie pracuje
Stan cywillny : Udaje wdowę
Umiejętności : psychokineza (przeciętna)
Punkty : 9


http://vampirekingdom.forumpl.net/t709-ishani-fitzroy http://vampirekingdom.forumpl.net/t716-ishani-fitzroy http://vampirekingdom.forumpl.net/t717-skrytka-pocztowa-ishani Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Re: Ishani Fitzroy

Pisanie by Cromwell on 17/01/18, 01:21 am


Karta postaci zaakceptowana!

Od teraz możesz zacząć swoją przygodę na fabule. Pamiętaj, aby założyć tematy pomocnicze jak informator i temat listowny.
A także, uzupełnij profil.  

Życzymy Powodzenia!
Ilość pozostałych punktów: 4
avatar

Administrator
Tytuł : Lord Protektor
Zawód : Admin / Mistrz Gry
Punkty : 0


http://vampirekingdom.forumpl.net/t83-karta-postaci-wzor#130 http://vampirekingdom.forumpl.net/t88-informator-wzory#135 Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach